Blog
Sposób
Jerzy Przystawa
Jerzy Przystawa fizyk, animator Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW
49 obserwujących 207 notek 280342 odsłony
Jerzy Przystawa, 10 grudnia 2008 r.

I poszli chłopcy w bój bez broni...

Obok Orła znak Pogoni,

poszli nasi w bój bez broni.

Niechaj Polska zna,

Jakich synów ma.

(Wincenty Pol, 1863)

  

13 Grudnia cały dzień stałem w bramie Uniwersytetu Wrocławskiego, „odganiając” setki chłopców i dziewcząt, które z całego akademickiego Wrocławia, przybiegały do walki z ogłoszonym o północy stanem wojennym. „Odganiałem” ich, instruując, co mają robić i jak, bo przecież na taką ewentualność byliśmy przygotowani i Zarząd Regionu, kilka dni przed stanem wojennym, ogłosił Instrukcję Strajkową, w której określił i sprecyzował, jak mają walkę strajkową prowadzić szkoły wyższe, a jak fabryki, a jak inne zakłady pracy.

 

 

Mogłem tak stać i instruować praktycznie cały dzień, przez nikogo nie niepokojony, bo policje i wojska nie miały jeszcze głowy do uniwersytetów, gdyż były zajęte problemem pacyfikacji największych zakładów pracy, a to nie była prosta sprawa. Sam tylko „Pafawag” z „Dolmelem”, „Fadromą”, „Hutmenem” , „FATem” – to ogromny, zwarty obszar, skomplikowany, niezwykle trudny do ataku i pacyfikacji, obsadzony przez wielotysięczne załogi mężczyzn, niezbyt skłonnych do usłuchania jakichś tam apeli i wezwań. Większość ubeków  i ZOMO zajęta była całonocnym poszukiwaniem i wygarnianiem z łóżek tysięcy działaczy na podstawie pracowicie, od wielu miesięcy, przygotowywanych list. Te listy, jak dzisiaj wiemy, skrupulatnie sporządzane były jeszcze na okoliczność zapowiedzianego w marcu 1981 strajku generalnego. Mogłem tak stać, bo pierwsze półrocze Karnawału Solidarności spędziłem na Uniwersytecie w Zagrzebiu i dzięki temu noc z 12 na 13 grudnia spokojnie przespałem w swoim łóżku.

 

 

W oczach tych chłopców i dziewcząt widziałem zapał i energię, a nie widziałem strachu. I tę samą energię i zapał widziałem w oczach robotników „Pafawagu”, gdzie przyszło mi spędzać kolejną noc, do czasu, gdy o 4-tej nad ranem przyszli, aby wyprowadzić mnie, razem z Władkiem Frasyniukiem, Piotrkiem Bednarzem, Józkiem Piniorem  i Basią Labudową, gdzieś przez ogródki działkowe, szczelnie opasujące tereny tych wielkich zakładów. W ich oczach także nie widziałem strachu, lecz determinację, a nawet zuchwałość.

 

 

I nie widziałem strachu ani w oczach ludzi, których spotykałem, przemierzając skuty mrozem Wrocław, w poszukiwaniu kryjówki dla RKS, ani w oczach tych, którzy otwierali mi drzwi i oferowali klucze do mieszkania, ani w oczach zakonnic i księży, którzy pierwsi udzielali nam schronienia. Nie było tego strachu, bo cała Polska była niczym ciepły, przyjazny, wielki stóg siana, w którym swobodnie grasowały konspiracyjne myszki. Ubeckie koty, co miały do wygarnięcia, to już wygarnęły w pierwszą noc stanu wojennego, a potem, to tylko przez jakieś niedbalstwo, nieporozumienie, brak doświadczenia i nawyków konspiracyjnych.

 

 

I nie było tego strachu także potem, w więzieniu, do którego trafiłem przez jakiś błąd czy niepotrzebne gadulstwo. I tam, za kratami, była ta sama zuchwałość i śpiewaliśmy gromadnie, w obecności ubeków, nawet nie specjalnie, jak na Polaków, fałszując:

 

 Nigdy z królami nie będziem w aliansach,

Nigdy przed mocą nie uchylim szyji

 

 

Strach, obawa, niepokój zaczęły się pojawiać i plenić później, kiedy reżim pokazywał nieugiętą wolę spacyfikowania oporu, kiedy co raz więcej ludzi znajdowało się na bruku, bez pracy i środków do życia. Kiedy zaczęli emigrować, z biletem w jedną stronę, najbardziej niecierpliwi i słabi, kiedy manifestacje stawały się co raz mniej liczne, co raz mniej zdeterminowane.  Wielki stóg siana  zaczął się rozsypywać, już nie dawał tyle ciepła i ochrony.

 

 

Wśród  tych myszek najdzielniejszymi, najbardziej wytrwałymi i niezmordowanymi okazały się myszki skupione wokół Kornela Morawieckiego, w założonej przez niego organizacji „Solidarność  Walcząca”.  Skromny kiedyś, nie rzucający się w oczy doktor fizyki teoretycznej, przez 6 lat kierujący walką podziemną na terenie całej Polski, wyrastał na nową, polską, bohaterską legendę.  Tej walki nie przerwało jego uwięzienie i banicja, a legendzie dopomógł jego zuchwały powrót z wygnania przez „zieloną granicę”.

 

 

A potem stało się coś, czego ani żadna myszka, ani żaden mysi król nie przewidzieli. Matka Boska zrobiła cud, i to większy niż tamten, „nad Wisłą”, a  którego do dzisiaj najtęższe umysły rozumem pojąć nie mogą:  ich prześladowcy usiedli przy jednym stole z wybranymi - według niewyjaśnionych do dzisiaj reguł - myszkami i szczurkami i ogłosili całemu światu, że Polska jest już wolna, suwerenna i niepodległa. Ubecy zapadli się pod ziemię, sowieckie wojska opuściły Polskę bez  wystrzału, dolary pojawiły się w kantorach za bezcen, bajecznie kolorowo zapełniły się, puste dotąd,  sklepowe półki, a Lech Wałęsa zamieszkał w Belwederze.  Przed telewizyjną dobranocką, na oczach oszołomionych widzów, przesuwał się korowód wspaniałych polskich aktorów, wołających: „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj, pomóż!”

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Uwaga! Zmieniliśmy sposób komentowania, ale nadal możesz przeczytać stare komentarze do tego wpisu.

Zobacz komentarze

Tematy w dziale