Obok Orła znak Pogoni,

poszli nasi w bój bez broni.

Niechaj Polska zna,

Jakich synów ma.

(Wincenty Pol, 1863)

  

13 Grudnia cały dzień stałem w bramie Uniwersytetu Wrocławskiego, „odganiając” setki chłopców i dziewcząt, które z całego akademickiego Wrocławia, przybiegały do walki z ogłoszonym o północy stanem wojennym. „Odganiałem” ich, instruując, co mają robić i jak, bo przecież na taką ewentualność byliśmy przygotowani i Zarząd Regionu, kilka dni przed stanem wojennym, ogłosił Instrukcję Strajkową, w której określił i sprecyzował, jak mają walkę strajkową prowadzić szkoły wyższe, a jak fabryki, a jak inne zakłady pracy.

 

 

Mogłem tak stać i instruować praktycznie cały dzień, przez nikogo nie niepokojony, bo policje i wojska nie miały jeszcze głowy do uniwersytetów, gdyż były zajęte problemem pacyfikacji największych zakładów pracy, a to nie była prosta sprawa. Sam tylko „Pafawag” z „Dolmelem”, „Fadromą”, „Hutmenem” , „FATem” – to ogromny, zwarty obszar, skomplikowany, niezwykle trudny do ataku i pacyfikacji, obsadzony przez wielotysięczne załogi mężczyzn, niezbyt skłonnych do usłuchania jakichś tam apeli i wezwań. Większość ubeków  i ZOMO zajęta była całonocnym poszukiwaniem i wygarnianiem z łóżek tysięcy działaczy na podstawie pracowicie, od wielu miesięcy, przygotowywanych list. Te listy, jak dzisiaj wiemy, skrupulatnie sporządzane były jeszcze na okoliczność zapowiedzianego w marcu 1981 strajku generalnego. Mogłem tak stać, bo pierwsze półrocze Karnawału Solidarności spędziłem na Uniwersytecie w Zagrzebiu i dzięki temu noc z 12 na 13 grudnia spokojnie przespałem w swoim łóżku.

 

 

W oczach tych chłopców i dziewcząt widziałem zapał i energię, a nie widziałem strachu. I tę samą energię i zapał widziałem w oczach robotników „Pafawagu”, gdzie przyszło mi spędzać kolejną noc, do czasu, gdy o 4-tej nad ranem przyszli, aby wyprowadzić mnie, razem z Władkiem Frasyniukiem, Piotrkiem Bednarzem, Józkiem Piniorem  i Basią Labudową, gdzieś przez ogródki działkowe, szczelnie opasujące tereny tych wielkich zakładów. W ich oczach także nie widziałem strachu, lecz determinację, a nawet zuchwałość.

 

 

I nie widziałem strachu ani w oczach ludzi, których spotykałem, przemierzając skuty mrozem Wrocław, w poszukiwaniu kryjówki dla RKS, ani w oczach tych, którzy otwierali mi drzwi i oferowali klucze do mieszkania, ani w oczach zakonnic i księży, którzy pierwsi udzielali nam schronienia. Nie było tego strachu, bo cała Polska była niczym ciepły, przyjazny, wielki stóg siana, w którym swobodnie grasowały konspiracyjne myszki. Ubeckie koty, co miały do wygarnięcia, to już wygarnęły w pierwszą noc stanu wojennego, a potem, to tylko przez jakieś niedbalstwo, nieporozumienie, brak doświadczenia i nawyków konspiracyjnych.

 

 

I nie było tego strachu także potem, w więzieniu, do którego trafiłem przez jakiś błąd czy niepotrzebne gadulstwo. I tam, za kratami, była ta sama zuchwałość i śpiewaliśmy gromadnie, w obecności ubeków, nawet nie specjalnie, jak na Polaków, fałszując:

 

 Nigdy z królami nie będziem w aliansach,

Nigdy przed mocą nie uchylim szyji

 

 

Strach, obawa, niepokój zaczęły się pojawiać i plenić później, kiedy reżim pokazywał nieugiętą wolę spacyfikowania oporu, kiedy co raz więcej ludzi znajdowało się na bruku, bez pracy i środków do życia. Kiedy zaczęli emigrować, z biletem w jedną stronę, najbardziej niecierpliwi i słabi, kiedy manifestacje stawały się co raz mniej liczne, co raz mniej zdeterminowane.  Wielki stóg siana  zaczął się rozsypywać, już nie dawał tyle ciepła i ochrony.